czwartek, 13 sierpnia Pogoda Ciechocinek Życie Ciechocinka — informacje z miasta i okolic
  • 4 sierpnia, 2026
  • Igor Trzaska
  • 1

Małgorzata Kowalska o śmierci męża, festiwalu zorganizowanym kilka dni później i odpowiedzialności za dzieło, które miało przetrwać jego odejście. Festiwal Operowo-Operetkowy im. Kazimierza Kowalskiego w Ciechocinku od lat jest jednym z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w mieście. Każdego lata do uzdrowiska przyjeżdżają śpiewacy operowi, muzycy, dyrygenci i artyści młodego pokolenia, a wraz z nimi publiczność, która często planuje pobyt właśnie pod kątem kolejnych koncertów.

Przez lata festiwal wypracował własny rytuał. Najpierw pojawiali się goście, później rozpoczynały się próby, a na koniec wypełniały się widownie Muszli Koncertowej im. Kazimierza Kowalskiego i Teatru Letniego. Dla jednych był to kontakt z wielką muzyką, dla innych pierwsza okazja, aby usłyszeć na żywo arie znane wcześniej wyłącznie z radia lub telewizji.

Wydarzenie od początku miało być czymś więcej niż wakacyjną rozrywką. Ważne miejsce zajmowała w nim muzyka polska, szczególnie twórczość Stanisława Moniuszki. Festiwal miał przyciągać publiczność, ale również ją wychowywać. Miał pokazywać, że opera i operetka nie muszą być sztuką przeznaczoną wyłącznie dla wąskiej grupy znawców.

Reklama Ciechocinek

Przez ponad dwie dekady twarzą wydarzenia pozostawał Kazimierz Kowalski. To on układał program, zapraszał artystów, prowadził koncerty i przekonywał kolejnych partnerów, że Ciechocinek może stać się jednym z ważnych punktów na mapie polskich wydarzeń operowych.

Kiedy zmarł w 2021 roku, zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem kolejnej edycji, wydawało się, że festiwal może skończyć się razem z nim. Nie skończył się. Jego żona, Małgorzata Kowalska, wróciła ze szpitala, usiadła przy biurku męża i znalazła dwie kartki. Na jednej był program pierwszej gali, na drugiej — program drugiej. Reszty musiała szukać sama. Kilka dni później rozpoczęły się próby. Festiwal odbył się zgodnie z planem. Pogrzeb Kazimierza Kowalskiego odbył się dzień po jego zakończeniu.

Człowiek, który nie uznawał zamkniętych drzwi

Reklama Ciechocinek

Kazimierz Kowalski był śpiewakiem operowym, artystą Teatru Wielkiego w Łodzi i popularyzatorem muzyki klasycznej. Publiczność znała go nie tylko ze sceny, ale również z audycji radiowych, koncertów i wydarzeń, podczas których potrafił opowiadać o operze w sposób zrozumiały dla ludzi, którzy wcześniej nie mieli z nią wiele wspólnego. Nie chciał tworzyć festiwalu wyłącznie dla ekspertów. Wiedział, że do Ciechocinka przyjeżdżają osoby o różnych gustach, doświadczeniach i oczekiwaniach. Dlatego program miał łączyć uznane dzieła, znane melodie, polską muzykę i artystów, którzy potrafili nawiązać kontakt z publicznością.

Pomysł zorganizowania własnego festiwalu pojawił się podczas pobytu w niemieckim Xanten. Kowalski obserwował tam wydarzenie operowe i doszedł do wniosku, że podobny projekt mógłby stworzyć sam. Wybrał Ciechocinek. Z jednej strony ze względów praktycznych — miasto było stosunkowo blisko Łodzi. Z drugiej strony dostrzegał potencjał uzdrowiska, do którego łatwo można było dojechać z różnych części Polski.

Pierwsze spotkanie z ówczesnym burmistrzem Ciechocinka Leszkiem Dzierżewiczem odbyło się 2 lutego 1998 roku. Kowalski przedstawił plan stałego wydarzenia, które miało odbywać się w drugim tygodniu sierpnia. Burmistrz wiedział, że potrzebne będą pieniądze. Kazimierz Kowalski chciał jednak najpierw usłyszeć najważniejszą odpowiedź: czy miasto jest gotowe na festiwal? Kiedy zapadła decyzja, że wydarzenie ma się odbyć, rozpoczęły się poszukiwania środków, wykonawców i partnerów. Pierwsza edycja została zorganizowana w sierpniu 1998 roku. Nikt wówczas nie wiedział, że właśnie zaczyna się historia, która przetrwa ponad ćwierć wieku.

Dziś festiwalem kieruje Małgorzata Kowalska. Nie ukrywa, że prowadzi go inaczej niż mąż. Zaprasza młodych artystów, wprowadza nowe nazwiska, poszukuje nowych sposobów prezentowania znanego repertuaru i stara się odpowiadać na oczekiwania współczesnej publiczności.

– Nie próbuje być drugim Kazimierzem Kowalskim. – Pewnie nie zgodziłby się z niczym, co robię. Z niczym. Ale myślę, że byłby dumny – mówi Małgorzata Kowalska.

Rozmowa z Małgorzatą Kowalską, wdową po Kazimierzu Kowalskim

Jak narodził się pomysł stworzenia Festiwalu Operowo-Operetkowego w Ciechocinku?
Pomysł narodził się podczas festiwalu operowego w Xanten, w Niemczech. Kazimierz był wtedy artystą Teatru Wielkiego w Łodzi. Obserwował także inne wydarzenia, między innymi festiwal w Kudowie-Zdroju, organizowany przez Marię Fołtyn. Pomyślał sobie: „Dlaczego ja nie miałbym zorganizować własnego festiwalu?” Kazimierz był marzycielem, ale jednocześnie człowiekiem bardzo praktycznym. Kiedy pojawiał się pomysł, natychmiast zastanawiał się, jak go zrealizować, gdzie zdobyć pieniądze, kogo zaprosić i jak rozwiązać problemy organizacyjne. Nie był człowiekiem, którego można było łatwo zniechęcić.

Dlaczego wybrał właśnie Ciechocinek?
Chciał mieć bazę stosunkowo blisko Łodzi. To było miasto, z którym pozostawał bardzo mocno związany. Gdyby trzeba było coś nagle przywieźć, załatwić albo wrócić, Ciechocinek znajdował się wystarczająco blisko. Ale nie chodziło wyłącznie o logistykę. Ciechocinek jest perełką wśród polskich miast uzdrowiskowych, być może nie zawsze docenianą tak jak miejscowości położone nad morzem albo w górach, ale ma ogromną przewagę — leży w centrum kraju.

Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się na ulicach w weekendy. Nagle pojawiają się samochody z warszawskimi i innymi rejestracjami. Ludzie przyjeżdżają w piątek lub sobotę, spędzają tutaj dwa dni, a w niedzielę miasto zaczyna się stopniowo wyludniać. Kazimierz widział, że Ciechocinek może przyciągać nie tylko kuracjuszy, ale również publiczność wydarzeń kulturalnych.

Jak wyglądały rozmowy z miastem?
Kazimierz skontaktował się z ówczesnym burmistrzem Ciechocinka Leszkiem Dzierżewiczem. Burmistrz również dopiero rozpoczynał swoją pracę. Jak Kazimierz opisał później w książce, burmistrz sprawował tę funkcję od czterech miesięcy. Spotkanie odbyło się 2 lutego 1998 roku. Kazimierz zaproponował zorganizowanie stałego Festiwalu Operowo-Operetkowego. Nie mówił o pojedynczym koncercie. Od początku chciał stworzyć wydarzenie cykliczne.

Plan zakładał, że festiwal będzie odbywał się w drugim tygodniu sierpnia. W piątek i sobotę koncerty miały być organizowane w muszli koncertowej, a od niedzieli do czwartku w Teatrze Letnim, który był wówczas remontowany. Burmistrz podszedł do pomysłu ostrożnie. Wiedział, że organizacja takiego wydarzenia będzie wymagała pieniędzy. Kazimierz stwierdził jednak, że o finansach porozmawiają wtedy, kiedy będą już pewni, że festiwal może się odbyć. Dla niego najważniejsza była decyzja: robimy. Pierwsza edycja odbyła się od 8 do 15 sierpnia 1998 roku.

Od początku ważna była muzyka polska?
Bardzo ważna. Kazimierz był niestrudzonym propagatorem muzyki polskiej, szczególnie twórczości Stanisława Moniuszki. W programach pojawiali się także Chopin, Stefani i inni polscy kompozytorzy. Każda edycja rozpoczynała się zazwyczaj koncertem albo spektaklem, którego pierwsza część była poświęcona polskim twórcom. Kazimierz chciał nie tylko bawić publiczność, ale również ją edukować. Trzeba pamiętać, że pierwsi widzowie nie zawsze byli znawcami opery. Dla wielu z nich był to pierwszy kontakt z takim repertuarem. Część osób dzięki Kazimierzowi nauczyła się słuchać opery i operetki. Zaczęli rozpoznawać utwory, poznawać artystów i wracać na kolejne edycje. On wychował sobie tę publiczność.

Jaką rolę pełniła Pani przy festiwalu, kiedy kierował nim mąż?
Żadnej. Na pierwszych edycjach w ogóle nie bywałam, więc nawet nie wiem dokładnie, jak wyglądały. Później byłam po prostu żoną przy mężu. Mieliśmy bardzo silne osobowości i często różniliśmy się w ocenie różnych spraw. Mój mąż nie lubił, kiedy mówiło mu się, co ma robić. Uznałam więc, że lepiej się nie wtrącać. Miałam własną pracę. Od 2003 roku byłam dyrektorem Departamentu Kultury i Edukacji. Zajmowałam się między innymi wyprowadzaniem Teatru Wielkiego w Łodzi z około piętnastomilionowego zadłużenia. Zarządzałam instytucjami kultury. Miałam własne obowiązki i ogromną odpowiedzialność. Naprawdę nie brałam udziału w organizowaniu festiwalu.

Nie pomagała Pani nawet podczas koncertów?
Kiedy zaczęłam częściej przyjeżdżać do Ciechocinka, zajmowałam się głównie gośćmi. Kazimierz przyprowadzał mi kolejne osoby i mówił, że trzeba je posadzić w pierwszym rzędzie. Zdarzało mi się wtedy tracić cierpliwość. Mówiłam: „Pierwszy rząd nie jest z gumy. Burmistrz ma swoich gości, ty masz swoich, a ja mam ich wszystkich gdzieś posadzić”. Pamiętam sytuację, kiedy spóźnił się prezes jednej z największych firm w Polsce, która była jednocześnie sponsorem festiwalu. Nie było już miejsca. Poprosiłam o dwa krzesła i postawiłam je przed pierwszym rzędem, na samym środku. Dziś brzmi to zabawnie, ale wtedy takich sytuacji było mnóstwo.

Czym Kazimierz Kowalski kierował się przy wyborze artystów?
Przede wszystkim fachowością. Znał środowisko operowe i potrafił ocenić możliwości artysty. Bardzo ważna była jednak również przyjaźń. Kazimierz był lojalny wobec ludzi. Zapraszał osoby, z którymi łączyła go wspólna historia, zaufanie i wieloletnia relacja. Miał również ogromny szacunek do artystów, którzy nie byli już w najlepszej kondycji, ale wcześniej wiele zrobili dla świata opery i muzyki. Nie przekreślał ich tylko dlatego, że się zestarzeli albo nie śpiewali już tak jak dwadzieścia lat wcześniej. Pamiętał ich sukcesy i zasługi.

Publiczność nie zawsze to rozumiała?
Siedziałam wielokrotnie wśród widzów i słyszałam komentarze. Publiczność dostrzegała, że Kazimierz ma swoje artystyczne sympatie. Niektórzy wykonawcy nie byli już na takim poziomie, jakiego oczekiwali widzowie, ale on nadal ich zapraszał. Po jego śmierci zaczęłam bardzo delikatnie zmieniać skład wykonawców. Nie chciałam robić rewolucji. Niektórzy artyści sami rezygnowali z powodów zdrowotnych. Inni mieli nakładające się terminy. Stopniowo zaczęły pojawiać się nowe osoby.

W 2021 roku wszystko było już przygotowane, kiedy stan zdrowia męża nagle się pogorszył?
Tak. Artyści zostali zaproszeni, program był ułożony, a terminy ustalone. Ja jak zwykle w nic się nie wtrącałam. Widziałam tylko, że Kazimierz codziennie wieczorami pracuje. Jednocześnie źle się czuł. Trzydziestego lipca obchodził urodziny. Właśnie wtedy przyszła jego książka, na którą bardzo czekał. Był jednak w bardzo złym stanie. Ja byłam wtedy w pracy. Syn zadzwonił do mnie i zapytał, kiedy wrócę, bo tata wygląda tak, jakby umierał. Powiedziałam, żeby wezwał pogotowie.

Kazimierz Kowalski nie chciał pomocy?
Nie zgodził się na wezwanie pogotowia. Taki był. Bardzo trudno było go do czegokolwiek zmusić, zwłaszcza w sprawach zdrowotnych. Nie mogłam od razu wyjść z pracy. Byłam wtedy pełniącą obowiązki dyrektora i musiałam czekać na przygotowanie listy płac. Musiałam podpisać dokumenty, żeby pracownicy otrzymali wynagrodzenia. Poprosiłam syna, aby znalazł w telefonie Kazimierza numer do lekarza, którego mąż słuchał i który miał na niego jakikolwiek wpływ. Napisałam do lekarza wiadomość, przedstawiłam się i wyjaśniłam sytuację. Ustaliliśmy, że następnego dnia przywieziemy Kazimierza na SOR. Lekarz zalecił również podanie konkretnego leku. Zaczęłam go szukać. Nie było łatwo, ale ostatecznie udało mi się go zdobyć. Kazimierz nie pozwolił jednak sobie go podać.

Tego wieczoru spotkał się jeszcze z bliskimi osobami?
Tak. To było niewielkie spotkanie z ludźmi, którzy byli mu bardzo bliscy. Przyszedł Andrzej Niemierowicz, artysta związany z Ciechocinkiem, oraz Bogusław Pikała, wieloletni akompaniator Kazimierza, z którym właściwie rozpoczynał karierę. Były również osoby towarzyszące. Kazimierz poczuł się jednak tak źle, że musieliśmy wcześniej wyjść. Po powrocie próbowałam podać mu lek. Nie zgodził się. Następnego dnia pojechaliśmy do szpitala. Długo czekaliśmy na SOR-ze. W końcu stwierdzono zawał i konieczność natychmiastowego wykonania koronarografii. Wieczorem mąż jeszcze do mnie zadzwonił. Rozmawialiśmy. Wszystko wydawało się w porządku. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam spokój. Pomyślałam, że jest w szpitalu, lekarze się nim zajmują i nic złego już się nie wydarzy. Rano wszystko się zmieniło.

Co zrobiła Pani po jego śmierci?
Wróciłam z synem do domu. Weszłam do biura Kazimierza i usiadłam przy jego biurku. Po lewej stronie leżały dwie kartki. Na jednej znajdował się repertuar pierwszej gali, na drugiej — drugiej. Pomyślałam: co ja mam z tym zrobić? Nic nie wiedziałam. W ogóle nic. Nie wiedziałam, gdzie znajdują się pozostałe scenariusze, co zostało ustalone z artystami i kto odpowiada za kolejne elementy. Siedziałam przy biurku i zastanawiałam się, do kogo zadzwonić. Zadzwoniłam do osoby bliskiej Kazimierzowi. Drugą osobą był burmistrz Ciechocinka. Powiedziałam: „Leszku, Kaziu nie żyje”.

I od razu zaproponowała Pani, że festiwal się odbędzie?
Tak. Siedziałam przy biurku, widziałam te dwie kartki i zaproponowałam, żebyśmy mimo wszystko zorganizowali festiwal. Chyba nie wiedziałam wtedy, w co się pakuję. To była niedziela. W poniedziałek po pracy przyjechałam do Ciechocinka. Około godziny osiemnastej usiedliśmy z burmistrzem Leszkiem Dzierżewiczem w kawiarni, która była już właściwie zamknięta. Rozmawialiśmy trzy albo cztery godziny. Zapadła decyzja: robimy festiwal. Burmistrz poprosił o przyjazd redaktora „Wiadomości Ciechocińskich”. Udzieliliśmy wywiadu i poinformowaliśmy, że wydarzenie się odbędzie. Kazimierz zaczynał pierwszy festiwal dokładnie od takiej decyzji. Najpierw mówił: robimy. Dopiero później szukał pieniędzy i rozwiązywał kolejne problemy. Ja postąpiłam podobnie.

Nie myślała Pani o odwołaniu wydarzenia?
Miałam pełne prawo wszystko odwołać. Mój mąż właśnie zmarł. Próby miały rozpocząć się za kilka dni. Nie znałam szczegółów organizacyjnych i wcześniej nie uczestniczyłam w przygotowaniach. Ale artyści byli zaproszeni. Publiczność czekała. Kazimierz poświęcił ostatnie miesiące na ułożenie programu. Nie potrafiłam powiedzieć: koniec. Możliwe, że gdybym dokładnie wiedziała, ile pracy mnie czeka, decyzja byłaby trudniejsza.

Miała Pani program dwóch gal. Gdzie znajdowała się reszta materiałów?
Nie wiedziałam. Zaczęłam przeszukiwać komputer Kazimierza. Otwierałam kolejne foldery, dokumenty i zapisy. W 2021 roku przypadały obchody związane z kardynałem Stefanem Wyszyńskim. Kazimierz przygotował wcześniej koncert poświęcony Prymasowi Tysiąclecia, wykonywany głównie w kościołach. Początkowo nie mogłam znaleźć scenariusza. Zadzwoniłam do Andrzeja Niemierowicza, który brał udział w tym programie. Pytałam: „Andrzej, powiedz mi, czy Kazimierz miał coś napisane? Czy coś czytał? Co wyście robili podczas tego koncertu?”. Powiedział, że materiały powinny istnieć.

Zaczęło się wielkie poszukiwanie. W końcu znalazłam scenariusz. Kiedy go zobaczyłam, uznałam, że trzeba będzie wprowadzić zmiany. Udało się przygotować festiwal. Później okazało się, że pozostały jeszcze cztery kolejne koncerty, które Kazimierz miał już zakontraktowane — dwa w Toruniu, jeden w okolicach Ciechocinka i następny w województwie łódzkim. Musiałam zrealizować również te wydarzenia.

W tym samym roku festiwal stracił również wieloletniego dyrygenta.
Tak. W marcu zmarł Kazimierz Więcek, dyrygent związany z festiwalem od pierwszej edycji. Mój mąż nie wyobrażał sobie, żeby ktoś inny miał go zastąpić. Sam był muzykiem i wcześniej zdarzało mu się prowadzić spektakle jako maestro di cappella. Postanowił, że będzie dyrygował z pomocą pierwszego skrzypka. Po śmierci Kazimierza burmistrz postawił jednak warunek: musi być dyrygent. Miał rację. Tylko skąd w ciągu kilku dni wziąć człowieka, który wejdzie w gotowy repertuar? Pomógł Wiesław Bednarek, artysta związany z festiwalem właściwie od początku. Zaproponował Bartosza Żurakowskiego. Zadzwoniłam. Bartosz zgodził się przyjechać, poprowadzić próby orkiestry, próby z solistami i całe wydarzenie. To była ogromna pomoc.

W tym samym czasie musiała Pani zorganizować pogrzeb.
Kazimierz zmarł w niedzielę. Próby zaczynały się w środę i czwartek. W czwartek musiałam już być w Ciechocinku. Pojawiło się pytanie: kiedy pogrzeb? Początkowo rozważaliśmy szybki termin. Kiedy jednak zaczęli dzwonić ludzie, wszystko zaczęło narastać. Musiałam zadzwonić do Polskiego Radia i powiedzieć, że Kazimierz nie przyjedzie na umówioną audycję. Po tej informacji rozpętał się prawdziwy młyn. Dzwonili artyści, dziennikarze, przyjaciele i znajomi. Bardzo wiele osób chciało przyjechać na pogrzeb. Stało się jasne, że nie można przygotować go w pośpiechu. Podjęłam decyzję, że odbędzie się zaraz po festiwalu. Festiwal zakończył się w środę. Wróciłam do domu, a następnego dnia o dziewiątej rano odbyło się ostatnie, kameralne pożegnanie. Przyjechali najbliżsi, między innymi jeden ze sponsorów festiwalu. Pożegnali się z Kazimierzem razem ze mną i z naszym synem. Później trumna została przewieziona do kościoła i rozpoczęły się oficjalne uroczystości.

Jak zdołała Pani przejść przez festiwal i pogrzeb niemal jednocześnie?
Dziś sama nie wiem. W takiej sytuacji człowiek działa automatycznie. Nie ma czasu, żeby się zatrzymać i przeżyć żałobę. Trzeba odbierać telefony, szukać dokumentów, odpowiadać artystom, przygotowywać próby, organizować scenę, a równocześnie ustalać szczegóły pogrzebu. Ogrom obowiązków w pewnym sensie mi pomógł. Nie miałam czasu się rozsypać. Najtrudniejsze chwile przychodziły później. Po koncercie, kiedy publiczność wychodziła, artyści wracali do hoteli, wszystko cichło, a ja zostawałam ze świadomością, że Kazimierza już nie ma.

Co było trudniejsze: przejęcie organizacji czy powrót do miejsc związanych z mężem?
Nie da się tego rozdzielić. Z jednej strony musiałam w kilka dni zrozumieć system, który Kazimierz budował przez ponad dwadzieścia lat. Z drugiej strony każde miejsce w Ciechocinku było z nim związane. Muszla koncertowa, Teatr Letni, garderoby, próby, hotel i spotkania z artystami. Wszędzie znajdowali się ludzie, którzy go znali. Patrzyli na mnie i czekali, co powiem. Nie mogłam odpowiedzieć, że nie wiem. Musiałam wiedzieć.

Których decyzji męża najbardziej dziś Pani brakuje?
Powiem coś, co może zaskoczyć: nie brakuje mi jego decyzji. Właśnie w tym widać, jak bardzo byliśmy podobni, a jednocześnie różni. Oboje mieliśmy bardzo silne osobowości. Kazimierz podejmował decyzje po swojemu. Ja podejmuję je po swojemu. Gdybyśmy razem kierowali festiwalem, prawdopodobnie nieustannie byśmy się spierali. Nie próbuję być drugim Kazimierzem. Nie mogę nim być. Mogę pamiętać o tym, co było dla niego ważne, ale nie mogę udawać, że działam dokładnie tak samo.

Nie zastanawia się Pani czasem, co mąż zrobiłby na Pani miejscu?
Myślę o nim, ale nie podejmuję każdej decyzji przez pryzmat pytania: co zrobiłby Kazimierz? Staram się pamiętać o polskim repertuarze. To było dla niego bardzo ważne. Nie zapominam o Moniuszce i innych polskich kompozytorach. Jednocześnie wiem, że publiczność oczekuje zmian. Najtrudniejszym zadaniem jest ułożenie repertuaru. Nikt nie napisze już nowej klasycznej operetki. Współczesne opery powstają, ale często są bardzo trudne i mogą nie odpowiadać publiczności ciechocińskiego festiwalu. Poruszamy się więc wokół utworów napisanych wiele lat temu. Nie da się bez końca zmieniać repertuaru. Trzeba zmieniać wykonawców. Każdy artysta inaczej interpretuje tę samą arię. Ma inny głos, temperament i osobowość sceniczną. Dzięki temu utwór, który publiczność zna od lat, może zabrzmieć zupełnie inaczej.

Dlatego zaczęła Pani mocniej stawiać na młodych artystów?
Tak. Moim autorskim pomysłem był koncert „Czy śpiewa z nami gwiazda?”. Być może nie jest jeszcze dostatecznie doceniany, ponieważ występują w nim studenci. Ale wśród tych studentów mogą znajdować się przyszłe gwiazdy największych scen. Kazimierz również dawał szansę młodym ludziom. Występowała u niego Aleksandra Olczyk, która później śpiewała w Metropolitan Opera. Był też Albert Memeti, rozwijający karierę w Austrii, oraz Mikołaj Trąbka, znakomity śpiewak występujący w Niemczech. Chcę kontynuować ten kierunek. Współpracuję z Akademią Muzyczną w Łodzi, którą sama ukończyłam, oraz z Akademią Muzyczną w Bydgoszczy. Młodzi śpiewacy występują przed publicznością, która ocenia ich brawami. Później konsultujemy się z pedagogami i wybieramy jedną albo dwie osoby. W kolejnym roku mogą wystąpić podczas koncertu galowego z orkiestrą. To dla nich ogromna szansa.

Studenci potrafią zaskoczyć doświadczoną publiczność?
Oczywiście. Podczas jednej z edycji studenci Akademii Muzycznej w Bydgoszczy przygotowali własny program. Do końca nie wiedziałam, co dokładnie zaprezentują. W pierwszej części wykonywali arie operowe i operetkowe. Później pokazali kilkudziesięciominutowy skrót „Księżniczki czardasza”. Publiczność przyjęła ich znakomicie. Wybraliśmy dwie osoby. Jedną z nich była absolwentka akademii, drugą — bardzo młody bas, któremu wróży się dużą karierę. Zdobył nagrodę na konkursie Antonína Dvořáka w Czechach. Zaprosiłam ich do udziału w kolejnej edycji. Postanowiłam także ponownie pokazać „Księżniczkę czardasza” przygotowaną przez studentów. Tym razem na scenie ma pojawić się kilkanaście osób: soliści, chór i balet. To większe przedsięwzięcie niż zwykły koncert.

Nie boi się Pani, że budżet takiego wydarzenia może się nie zamknąć?
Każdy organizator się tego boi. Najpierw tworzy się program, zaprasza artystów i planuje wydarzenia. Później zaczynają pojawiać się koszty. Wtedy człowiek zastanawia się, czy wszystko uda się finansowo zamknąć. Nie zawsze udaje się zebrać pełną kwotę od wszystkich planowanych sponsorów. Mam doświadczenie w zarządzaniu instytucjami kultury i tworzeniu ich budżetów. Potrafię kalkulować koszty i wiem, gdzie można szukać oszczędności. Są jednak granice. Nie da się zaprosić znakomitych artystów, przygotować orkiestry, prób, obsługi technicznej i promocji bez odpowiednich pieniędzy.

Jakiego wsparcia potrzebuje dziś festiwal?
Każde dodatkowe pieniądze oznaczają możliwość pokazania publiczności czegoś więcej. Nie mam jednak niekończącej się listy żądań. Staram się bardzo rozsądnie planować budżet. Kluczowym partnerem jest samorząd województwa kujawsko-pomorskiego, na czele z marszałkiem Piotrem Całbeckim. To wsparcie ma fundamentalne znaczenie. Ważnym partnerem pozostaje również miasto Ciechocinek. Jestem także ogromnie wdzięczna sponsorom. Za każdym wsparciem stoją konkretni ludzie, którzy uważają, że warto inwestować w kulturę. Bez nich tego festiwalu po prostu by nie było.

Co pozostaje w festiwalu nienaruszalne?
Szacunek dla publiczności, wysoki poziom artystyczny i pamięć o polskim repertuarze. Nie mogę obiecać, że każdy występ zawsze będzie idealny. Artysta jest człowiekiem. Może źle się poczuć, mieć problemy zdrowotne albo gorszy dzień. Mieliśmy sytuację, kiedy artysta zemdlał za sceną. Śpiewak nie może powtórzyć występu tak, jak aktor filmowy może powtórzyć ujęcie. Wychodzi przed publiczność i ma jedną szansę. Można powiedzieć: „Zdejmij marynarkę i pokaż, co potrafisz”. Dlatego staram się zapraszać artystów, których poziomu jestem pewna.

Czuje się Pani bardziej kontynuatorką dzieła męża czy osobą tworzącą własny festiwal?
Jedno nie wyklucza drugiego. Kontynuuję dzieło Kazimierza, bo bez niego festiwalu by nie było. To on wymyślił wydarzenie, przekonał miasto, zbudował jego markę i wychował publiczność. Nie mogę jednak prowadzić go dokładnie tak jak on. Zmieniły się czasy, koszty, oczekiwania widzów i warunki pracy artystów. Pandemia spowodowała gwałtowny wzrost kosztów organizacji wydarzeń. Droższe stały się transport, noclegi, technika i wynagrodzenia. Dlatego tworzę także własny rozdział. Zapraszam nowych artystów, rozwijam współpracę z akademiami muzycznymi i wprowadzam własne pomysły. Jednocześnie nie chcę zgubić tego, co było dla Kazimierza najważniejsze.

Festiwal nadal współpracuje z Polskim Radiem. To również część jego dziedzictwa?
Zdecydowanie. Program 1 Polskiego Radia nadal pozostaje patronem wydarzenia. Za czasów Kazimierza przyjeżdżał do Ciechocinka redaktor Eugeniusz Ratajczyk. Był bardzo mocno związany z festiwalem. Później zaczął pojawiać się Paweł Sztompke, który bywał tutaj jeszcze za życia męża. Zażartowałam kiedyś na scenie, że każdy ma swojego redaktora. Kazimierz miał Eugeniusza Ratajczyka, a ja mam Pawła Sztompkego. Paweł powiedział mi, że prawdopodobnie jestem jedyną osobą, która naprawdę kontynuuje to, co robił Kazimierz. Czas ucieka. Nawet wielcy ludzie są z czasem zapominani. Festiwal sprawia, że nazwisko Kazimierza Kowalskiego nadal żyje.

Gdyby zobaczył dzisiejszy festiwal, z czego byłby najbardziej dumny?
Nie wiem, czy moje włosy zostałyby wtedy na swoim miejscu. Kazimierz prawdopodobnie nie zgodziłby się z wieloma moimi decyzjami. Krytykowałby część zmian, repertuar, wybór artystów albo sposób organizacji. Tacy byliśmy. Mieliśmy mocne charaktery i własne zdanie. Myślę jednak, że byłby dumny. Byłby dumny, że festiwal przetrwał jego śmierć. Że nadal odbywa się w Ciechocinku. Że publiczność wypełnia Muszlę Koncertową im. Kazimierza Kowalskiego i Teatr Letni. Że przyjeżdżają artyści, a Polskie Radio nadal jest z nami. Byłby również dumny z tego, że nie zapominamy o polskiej muzyce i pokazujemy młodych śpiewaków. Pewnie nie zgodziłby się z niczym, co robię. Z niczym. Ale byłby dumny…

Najnowsze artykuły

Jutro nie wszędzie załatwisz sprawę. Ciechocinek zamyka urząd, Aleksandrów pracuje. Sprawdziliśmy, gdzie nie warto jechać. Ciechocinek nie dofinansowuje płatnych imprez. A koncert Tede? Ratusz wyjaśnia zasady. Średnia pensja prawie 10 tys. zł. GUS pokazał najnowsze dane. Sprawdzamy Ciechocinek i okolice

1 comment on “Pewnie nie zgodziłby się z niczym, co robię. Ale byłby dumny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *